architektura troski

Iwona Kalenik

Tag: miasto

  • Na szerokość ramion

    Na szerokość ramion

    Najwęższe uliczki południowoeuropejskich miast bywają tak ciasne, że można dotknąć ich ścian(tak, ulice mają ściany, to nie pomyłka) kiedy rozłoży się szeroko ramiona. W takich uliczkach okna są naprawdę blisko, naprzeciw siebie. A między małymi balkonami często rozpostarte są sznurki, służące do suszenia bielizny. Można wiec czasami dobitnie poczuć zapach gotowanej zupy, usłyszeć strzępki rozmów czy wręcz zobaczyć intymne skrawki rodzinnego życia.

    Mieszkałam kiedyś ponad miesiąc w Turynie, w kamienicy, która miała maleńki dziedziniec, ciasno otulony oficynami. Była to ciepła pora roku, większość okien była otwarta. We Włoszech okna mają okiennice, więc, jeśli trzeba osłonić się przed słońcem, albo spojrzeniami – można mieć nadal otwarte do wewnątrz okna wpuszczające powietrze, ale przymknięte okiennice… No więc te okna wychodziły na siebie. Duże, wysokie, z każdego mieszkania po trzy albo cztery, na każdym z czterech pięter. W pierwszym tygodniu nie mogłam przestać wpatrywać się w nie niczym wścibska sąsiadka. Czułam, że jestem naprawdę blisko tych ludzi. W każdym mieszkaniu działa się odrębna historia, która czasami, w przypływie emocji, wylewała się na balkon lub dziedziniec, co jednak nie budziło większego zainteresowania pozostałych sąsiadów. Dość szybko zrozumiałam, że tego typu przestrzenie rządzą się swoimi niepisanymi regułami. Nie było mowy o „zaglądaniu sobie w okna”. Mieszkania „uzbrojone” były jakby kurtyną ze świadomości mieszkańców, którzy, doświadczeni dzieleniem wspólnej ciasnej przestrzeni, szanowali prywatność innych i tego, co za okiennicami. Nie trzeba było dużych odległości, by czuć się prywatnie. Sama to odczułam dość szybko. Moje zainteresowanie tym, co za oknami innych wynikało z tego, że zawsze mieszkałam w domach, za płotem, za firanką. Jednak szybko osłabło. Inni, ku mojemu zdumieniu, zupełnie nie interesowali się tym, co aktualnie gotuję czy oglądam.

    Piszę o tym dlatego, że architektura daje tę ogromną wartość jaką jest odczucie prywatności, generowane przez mur, ścianę, grubość materii. To za ścianą jesteśmy „u siebie”, mimo, że to ledwie dwadzieścia czy czterdzieści centymetrów od przestrzeni dostępnej dla wszystkich. W dużo mniejszym stopniu daje tę prywatność cienka, szklana przegroda.. Brak ścian, openspace, przestrzenie niczyje w miastach, wytwarzają dziwne uczucie bycia nie-wiadomo-gdzie, bo ani wewnątrz, ani na zewnątrz, już nie publicznie, a jeszcze nie prywatnie. Chciałabym napisać: potęga muru! Byłby niezły tytuł.. Jednocześnie w tej ścianie tkwi wielki potencjał fasady, która przynależąc do zewnętrza jest odpowiedzialna za jego jakość. Dobrze to widać kiedy buduje się makietę budynku. Kiedy pamięta się o grubościach, a nie składa elewacje z cienkich kartek brystolu, okazuje się, że ściana staje się wręcz „przestrzenią do przebycia” między wnętrzem a zewnętrzem, dającą możliwość kreowania nisz, wnęk, otworów o odpowiednich proporcjach i kierunkach.

    Uwielbiam ściany, do których można się zbliżyć, poczuć ciepło nagrzanego słońcem kamienia, zobaczyć jak się starzeją, jak odciska się na nich historia. Uwielbiam ściany, w których można zobaczyć coś więcej niż własne odbicie..

     

  • Ślady miejsc

    Ślady miejsc

    Jestem miejską tropicielką śladów. Używam do wstępnego tropienia map, głównie satelitarnych, np. Google Earth, ponieważ na nich najłatwiej dostrzec zagadki miejskich przestrzeni. Czasami przydają się też mapy topograficzne, dostępne dla większości dużych miast w sieci, na stronach urzędów, wydziałów geodezji czy katastru, z dokładnymi informacjami o położeniu budynków. Jeśli ktoś poszukuje śladów przeszłości, to niezbędne są mapy archiwalne czy zdjęcia lotnicze (wspaniałe zdjęcia przedwojennej i tuż-po-wojennej Warszawy można znaleźć przesuwając suwak czasu na Google Earth), które bardzo często są niezwykle precyzyjne i w świetnej jakości.

    Uwielbiam to robić – poszukiwać zagadek, przyglądać się, badać. Za każdym razem kiedy wybieram się w podróż robię to samo – przeglądam plany miast, szukam miejsc, w których coś mnie zaciekawi i tam kieruję swoje kroki, by sprawdzić czy to, co widzę na mapie jest widzialne w przestrzeni trójwymiaru miasta. Od pewnego czasu badam Łódź i Barcelonę – dwa miasta, które pod wieloma względami są sobie bliskie. W trakcie badań natykam się na niespodzianki, które trudno byłoby mi dostrzec gdyby nie wymienione podstawowe narzędzia badacza przestrzeni.

    Każdy kto był w Łodzi i miał okazję zaglądać w podwórka przy Piotrkowskiej – głównej ulicy miasta, być może zauważył „skośne” układy budynków wewnątrz miejskich kwartałów. Frontowe części budynków przynależą ulicy i są, jak należy, równoległe do ulicy. Ale już oficyny i tworzące się między nimi podwórka – są skośne, tworząc czasem naprawdę ciasne układy, okna-w-okna w narożnikach podwórek. To ślad po dawnym układzie pól. Pospiesznie tworzony XIX-wieczny plan szybko rozwijającego się miasta, zbudowany z prostokątnych kwartałów, zaadaptował w ten sposób zastaną sytuację. Warto tam zajrzeć(najwyraźniej widać tę sytuację w kwartale Piotrkowska-Zielona-Zachodnia-Więckowskiego), jeśli tylko bramy podwórek będą otwarte, i poczuć ten wygięty układ.

    Podobna sytuacja zdarzyła się w Barcelonie. Regularna, prawie idealnie kwadratowa siatka plany Cerdy (również z XIXw.), objęła swoim zakresem oddalone od starej Barcelony, mniejsze osady, między innymi – El Clot. Badając archiwalne mapy dostrzegłam, że w regularności tej siatki pojawiają się odkształcenia, jakby blizny zrastających się układów. Monumentalna siatka Eixemple(nowej Barcelony) dokładnie otoczyła drobniejszą strukturę, zostawiając jej jednak przestrzeń do istnienia. Również tu widać ślady starego układu wewnątrz miejskich, nowych kwartałów. Co więcej – w trójwymiarze miasta widać bardzo dobrze spotkanie tych dwóch układów i wymianę jaka nastąpiła, by powstawało zwarte, spójne miasto. Będę o tym pisać niebawem, bo to długa opowieść…

    Wystarczy dobrze się przyjrzeć, by dostrzec te subtelne deformacje dziejące się na poziomie planu miasta. Ciekawość tej przestrzeni stała się początkiem moich badań i odciągnęła uwagę od turystycznych atrakcji tego miasta na bardzo długo.

  • Wykład

    Wykład

    Uwielbiam być w podróży. Tym razem przede mną mały „maraton”. Zaczynam od Poznania, gdzie od 13 do 15 marca odbywa się konferencja Miasto – Sztuka, na której będę mieć swoje 20 minut w sobotę, ha! O czym będę mówić? O tym, co mnie najbardziej interesuje i trapi jednocześnie: o dotyku w jego architektonicznym wymiarze. Co nieco z treści przemyciłam w ostatnim wpisie. Wszystko do sprawdzenia w programie. Bardzo się cieszę, bo to okazja do poznania innych architektów, artystów, historyków i posłuchania ich wykładów. Znakomity początek prawie-wiosny!

    haiku

    A potem tydzień gdański, bardzo intensywny, jak zwykle.. i znów spotkanie z niezwykłym miastem..