architektura troski

Iwona Kalenik

Autor: Iwona

  • Materia

    Materia

    „Materiał to nie jest wykończenie”

    – napisał Kengo Kuma, japoński architekt.

    Lubię przyglądać się tkaninom, ich splotom i wzorom. Lubię oglądać ściegi, obszycia, wykończenia krawieckie. Sama też potrafię szyć. To nie przypadek. Dorastałam przy dwóch maszynach do szycia. Obie moje babcie potrafiły uszyć piękne stroje. Z lamówkami, zaszewkami, kontrafałdami, kolorowymi guzikami obciągniętymi materiałem… Materiałem. Materią: tkaniną. Ważna była jej struktura, sploty, osnowy i wątki, odpowiednie ułożenie wykroju, wzór i kolor. Wszystko to miało wpływ na to jak potem wyglądał strój, jak się go nosiło, czuło ciałem, jak się w nim wyglądało. To ciekawe, że do tej pory pamiętam bardzo dokładnie sukienki uszyte przez babcie, swetry zrobione na drutach i jedyne buty, które zamówiłam sobie u szewca.. Potrafię precyzyjnie opisać ich wygląd, ale też moje wrażenia.

    Podobnie zapadają mi w pamięć miejsca, w których materiał odgrywa istotną rolę, został pieczołowicie wybrany. Staje się wtedy łącznikiem między mną, a miejscem, w którym jestem. Materiał żywy, żyjący swoim rytmem daje mi to poczucie i zapada w pamięć na dłużej. Kamienne schody porastane gdzieniegdzie mchem; drewniane, wygładzone, ciepłe siedzisko; uchwyt obszyty przecierającą się skórą; miedziane, okryte patyną, dachówki..

    Najnowszy numer „Autoportretu” w całości poświęcony jest meterialności i materiałowi. O architekturze Kengo Kumy pisze w „Autoportrecie” Barbara Stec. Warto zajrzeć do jego pracowni i przekonać się jak bardzo świadomie decyduje o wyborze materiałów, z których powstaną zaprojektowane przez niego budynki, że właściwie od tego wyboru zaczyna. Warto też go posłuchać. Pięknie mówi o zapachu deszczu, pustce, cieniu i o znaczeniu zmysłów, pomijanych do tej pory w myśleniu o architekturze. Zamknij oczy, zanurz się w architekturę. Powąchaj, poczuj, posłuchaj…

     

  • Dotyk materii

    Dotyk materii

    Kiedyś, razem z Agnieszką Szeffel – filmoznawczynią, którą poznałam w gdańskim studium podyplomowym architektura + dialog, redagowałyśmy blog „struktura pozioma”. Wciąż można go przeglądać, choć nasza działalność została zawieszona i podsumowana w ostatnim wpisie. Piszę o tym dlatego, że miałyśmy wtedy pomysł gromadzenia zdjęć dokumentujących jak mieszkają architekci. Powstał niewielki zbiór fotografii.

    A ja dziś zastanawiam się jak wygląda dzień architekta. Czy budzi się rano i zerka na listę spraw, które musi „odhaczyć”? Czy ma czas na „studia”, lektury, spotkania z innymi architektami, twórcami, artystami? Czy znajduje w swoim dniu pracy czas, by zanurzyć się w tekstach teoretyków lub filozofów? A może tego zupełnie nie potrzebuje?

    Mój dzień zaczynam od zrealizowania przynajmniej jednego z zaplanowanych zadań. Koło południa robię przerwę i wyciszam telefon na godzinę. To moje spotkanie z tymi, od których mogę się czegoś nauczyć. Sięgam wtedy po książki albo słucham wykładu w internecie. Bardzo lubię ten czas.

    Jakiś czas temu sięgnęłam po książkę Juhaniego Pallasmy „Oczy skóry” (wydaną w języku polskim pierwszy raz przez Instytut Architektury w 2012r.), którą podsunęła mi pewna humanistka. A ponieważ od dłuższego czasu przyglądam się zagadnieniu bliskości i dotyku, książka wydała mi się warta uwagi.

    Usiadłam więc wygodnie, w miękkim kawiarnianym fotelu, otulona zapachem mielonej kawy, mając przed sobą perspektywę chwili spędzonej z książką, której nie znałam. Chwilę wcześniej kupiłam ją w pobliskiej księgarni, jak zwykle wąchając strony i głaszcząc okładkę, na której zawsze poszukuję dodatkowych wrażeń (tak, jestem „maniaczką” w kwestii kontaktu z papierem). Pomyślałam, że przejrzę ją na razie pobieżnie, chwytając wzrokiem co ważniejsze tezy, a głębszą lekturę pozostawię sobie na wieczór.

    Zamówiłam więc duże caffe latte i niewielkie, pachnące ciastko z żurawiną, które idealnie trzaskało mi w ustach przy przegryzaniu. Zamoczone w kawie nie rozmiękało zbyt szybko, pozwalając mi delektować się jego zmieniającą się konsystencją i aromatem suszonych owoców. Fotel, w którym siedziałam, miał przetarte podłokietniki, z których wystawały „wąsy” nitek. Byłam ciekawa co Pallasmaa, o którym usłyszałam od humanistki, pisze o tematach mi bliskich. Jak to się dzieje, że tekst traktujący o architekturze budzi takie zainteresowanie wśród nie-architektów?

    Książka, którą trzymałam w ręku, miała niewiele obrazów. W przeciwieństwie do wielu albumowych wydań poświęconych architekturze, zawierających wystudiowane fotografie budowli, zwykle pozbawionych ludzi i fotografowanych niczym portrety, bez kontekstu. W podejściu wielu projektantów, ale również „odbiorców”, architektura stała się kolejnym obrazem do oglądania, wykluczającym bliskość, dotyk. Zupełnie jak wystudiowane twarze supermodelek. To znamienne jak bardzo skupiamy się na obrazach, w jak wielkim ich strumieniu zanurzamy się każdego dnia, rozpoczynając spotkanie ze światem od dotknięcia ekranu smartfonu. Spojrzenie w okno zastępuje spojrzenie w jego elektroniczną reprezentację i informację o sytuacji za nim.

    Wzrokocentryczne postrzeganie świata zubaża nasze doświadczenie bycia w nim w pełni. Tymczasem, jak pisze Pallasmaa, to widzenie peryferyjne, a nie skupiony wzrok, może nas naprawdę zanurzyć w „ciele” świata. Ta teza wydaje mi się bardzo trafna i głęboko przekonująca. Przymknęłam więc oczy, by przez chwilę spróbować być, a nie tylko patrzeć, by wiedzieć, a nie tylko widzieć. Zapach kawy, głosy przyciszonych rozmów mieszających się z subtelnym swingiem z Rio, płynącym z głośników, wreszcie wygodne oparcie fotela, pozwalające oprzeć głowę.. – ile cech miejsca można wydobyć jeśli tylko na moment „wyłączy” się wzrok i skupi na odczuwaniu atmosfery miejsca!

    Czytałam dalej, zagłębiając się w tezy autora i coraz bardziej byłam przekonana, że to, czego pozbawia się współczesna architektura, to właśnie atmosfera, rodzaj genius loci, za którym tęsknotę koimy wybierając się na spacery wąskimi uliczkami starych miast. To w ich chropowatościach, zadrapaniach, bliznach i śladach poszukujemy tego, czego nie ma w najdokładniej zaprojektowanych „ikonicznych” budynkach, olśniewających wymyślnymi formami czy błyszczącymi elewacjami. „Starchitekci”, tworzący budynki do oglądania i zachwycania się technologicznymi możliwościami i mocami obliczeniowymi nowoczesnych komputerów wykorzystywanych w procesie projektowania, jakby zapomnieli, że ludzkie doświadczenie przestrzeni budowane jest przez wiele zmysłów, a proste, subtelne zetknięcia z materią pozostają w pamięci na dłużej.

    Osobiste doświadczenie bycia w przestrzeni, zanurzenia się w niej, fizycznego dotknięcia zwraca nas ku pierwotnym doświadczeniom. To właśnie dotyk jest najwcześniej rozwiniętym zmysłem, pozwalającym na pierwszy kontakt ze światem i poznawanie go oraz bycie w nim do końca, nawet kiedy zabraknie wzroku. To jedyny zmysł, którego nie można stracić, i który, w przeciwieństwie do wzroku, nie potrzebuje odpoczynku.

    Filiżanka, na której dnie widziałam już tylko resztki spienionego mleka zmieszanego z kawą, wystygła. Okruchy ciastka układały się w nieznany gwiazdozbiór na drewnianym niebie stolika. Telefon, który wyciszyłam, bezpardonowo świecił ekranem informując mnie, że powinnam odebrać. Zbyt mocno lubię moje poranki z myślicielami i teoretykami architektury. Tym razem przedłużyłam moje spotkanie z książką tak, by przeczytać jak najwięcej. W kawiarni zrobiło się tłoczniej. Zamknęłam więc książkę, wsuwając paragon pomiędzy strony, do których chciałam ponownie powrócić. Spojrzałam przez okno w kierunku ulicy, skąd dochodził szum deszczu, mieszający się teraz z kawiarnianym swingiem. W myślach zostały mi słowa Pallasmy:

    „Prawdziwą miarą jakości miasta jest to, czy ktoś może sobie wyobrazić, że się w nim zakochuje”

  • Blizny w planie

    Blizny w planie

    Znów przyglądam się planowi, studiuję go już naprawdę długo. Za każdym razem, przy każdym spojrzeniu odnajduję coś nowego, coś ciekawego (pisałam kiedyś, że bardzo przydatne do tego typu badań jest GoogleEarth; tym razem polecam też wszelkie miejskie serwisy geodezyjne i kartograficzne, np. łódzki GIS i jego mapy historyczne).

    Znów Łódź, moje miasto. Spaceruję oczami po Starym Mieście, które niewiele ma wspólnego ze swoją dawną strukturą. Z dziewiętnastowiecznego układu pozostało niewiele, kilka kamienic, kilka ulic. O jeszcze wcześniejszym układzie przypomina jedynie kościół i plac, na którym stoi oraz Rynek. Tymczasem obecne łódzkie Stare Miasto ma swoje cztery punktowce i ceglane bloki z lat 50′, pomiędzy którymi można odnaleźć dawne przejścia, ścieżki, wydeptane piesze połączenia. Spacer zaułkami pozwala zobaczyć jak bardzo zmieniło się Stare Miasto, jakie było. Kiedy się w ten sposób ogląda tę część miasta, można odczuć dawny układ. Nic jednak tak bardzo nie ułatwia zrozumienia specyfiki tego miejsca jak porównawcze spojrzenie na plany miasta.

    Ta gęsto zabudowana część miasta niewiele różniła się od sąsiadującego z nią Śródmieścia, z dostojną Piotrkowską i okolicami. Tu również stały kamienice, jedna przy drugiej, jedne z bogatym ornamentem, inne skromniejsze. Stary Rynek, zielony od klombów i drzew, otaczały niewielkie budynki. To, co widać dziś, to już w większości zabudowa powojenna. To miejsce nie miało szczęścia. Wciągnięte w ogromny obszar getta, nosi w sobie piętno wojny, a raczej tego, co stało się tuż po niej, kiedy wyburzono olbrzymią ilość budynków w imię funkcjonalnej modernizacji. Pokaleczone i rozbite, ma jednak szansę na odrodzenie. Nigdzie indziej w Łodzi nie ma takich ujęć i kadrów, nakładających się widoków. Wszystko jednak osnute szarością, potęgującą poczucie bycia w „strefie zapomnianej”..

    O Łodzi pisze dziś również Kasia Kurak, na swoim blogu Travelsfool. Warto tam zajrzeć, bo to relacje wnikliwe i pełne podróżniczej pasji, z wieloma cennymi wskazówkami i przydatnymi informacjami.

  • Myślenie architekturą*

    Są takie myśli, które ujawniają się jako własne, jakby wydobyte na powierzchnię, wyartykułowane, dopiero wtedy, kiedy się je „obudzi” przeczytanym tekstem albo usłyszaną wypowiedzią. Dziś miałam taki rodzaj olśnienia. Zdarza mi się to naprawdę rzadko, ale uwielbiam te chwile.

    Dziś rano, przeczytałam w Focus.pl(korzystając z linka podrzuconego przez LabLife), rozmowę z psychologiem poznawczym Jim’em Davis’em, w której przytacza swoje doświadczenia z „oswajaniem” niezrozumiałych, a nawet nielubianych dziedzin. Davis mówi:

    Nigdy nie przepadałem za poezją. Podczas studiów na Uniwersytecie Carleton zapisałem się jednak na poniedziałkowe wieczory pisarskie – tworzyłem wówczas krótkie opowiadania, lecz większość uczestników była poetami. Zacząłem intensywnie analizować ich utwory. Ku mojemu zaskoczeniu, po włożeniu wysiłku w zrozumienie wierszy szalenie je polubiłem – przynajmniej te konkretne, które analizowałem. Podobny mechanizm zachodzi moim zdaniem w muzeach. Na początku nie wiemy, czego szukamy w obrazie, co koresponduje z naszymi potrzebami. Żeby zacząć fascynować się malarstwem, musimy zrozumieć jego sens dla nas, w konkretnym momencie naszego życia. Uważam, że każdy z nas – jeśli włoży wysiłek, przejdzie do kolejnego etapu – jest zdolny cieszyć się wierszem lub obrazem. 

    Czy to nie ciekawe w kontekście architektury? Mam wrażenie, że przez swoją złożoność, jest najtrudniejsza do zrozumienia. Nie posługuje się tekstem, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie jest zamkniętym w ramie obrazem. Nie ma początku i końca, jak muzyczny utwór czy film. Jednocześnie ma wszystko to, co obecne jest w innych dziedzinach sztuki. Dobrej architekturze warto poświęcić czas, czasami wrócić w to samo miejsce kilka razy, skupić się i być uważnym. Oczywiście jest wiele budynków, które pozostaną niezrozumiałe, przez to, że po prostu są złe, ale nie będę się na nich skupiać, szkoda czasu. Czasami warto posłuchać twórcy, architekta. Jeden z moich ulubionych – Peter Zumthor – wyciszony, skupiony niczym mnich – opowiada o swojej pracy, o metodzie dochodzenia do rozwiązań i decyzji projektowych:

    Zumthor mówi o zrozumieniu miejsca i czasu. Dobra (prawdziwa) architektura powstaje tylko wtedy, gdy nie jest realizacją wyobrażonego obrazu, ale wynikiem dogłębnego, uważnego skupienia na miejscu, w którym ma zaistnieć. To nieustanne zadawanie pytań i poszukiwanie odpowiedzi w tym, co jest.

    *”Myślenie architekturą” to tytuł książki Petera Zumthora, wydanej przez Wydawnictwo Karakter.

  • Please, mister postman!

    Please, mister postman!

    Londyn. Słońce na przemian z deszczem, poranny chłód i popołudniowy kwietniowy „upał”. Dookoła pałacu Buckingham i szpitala St.Mary rozstawiają się wozy transmisyjne, każdego dnia kolejny, byle nie przegapić informacji o narodzinach „Royal Baby”. Co mniej zorientowani turyści, obserwując tłum zgromadzony pod pałacem około 11:30, dopytują kierujących ruchem policjantów „czy to już”. Ekscytacja nieco opada kiedy okazuje się, że to całe zamieszanie tylko z powodu zmiany warty pod pałacem. Zwariowali naprawdę, zwariowali.. Patrzę na Londyńczyków, którzy mieszają się z turystami. Właściwie nie wiem kto jest stąd, a kto przyjechał oglądać miasto, jest tak kolorowo. Ale Londyńczycy nie robią sobie selfie z Big Benem aparatem na kijku..

    Jestem szczęśliwa kiedy metro wyjeżdża na powierzchnię i widzę miasto. Inaczej czuję się jak w rurociągu poczty pneumatycznej, nadana tu, odebrana tam. Nic po drodze. Więc zadaję sobie dodatkowe kilometry, by zobaczyć więcej, kładę się na strzyżonym od czterystu lat trawniku i patrzę na miasto. Wszyscy i wszystko jest takie akuratne, przewidywalne na swój sposób. O wyjątkowości stanowią detale. Jak w dobrze skrojonym garniturze…

    Patrzę na furtki w dzielnicy, w której mieszkam. Idę długą ulicą, przy której stoją podobne domy, z podobnymi ogrodzeniami, skąpane w zieleni, która o tej porze działa na zmysły w szczególny sposób. W porośniętych mchem ceglanych murkach zainstalowane są niewielkie furtki, jedne zamknięte na klucz, inne zostawione otwarte. Ilość wariacji na temat furtki wydaje się nieskończona. Podobnie jak kombinacji bieli, brązowej cegły, dachówki i okiennych wykuszy. Wszystko w angielskim kodzie, którego nikt nie łamie. Siła tradycji, wartość ciągłości jest tutaj odczuwalna ze zdwojoną mocą!

  • Ach jaka piękna funkcja!

    Ach jaka piękna funkcja!

    Przedmioty codziennego użytku – zaparzacze do kawy, buty, nożyczki, telefony czy krzesła…Wiele z nich staje się kultowymi i osiąga bardzo wysokie ceny stając się obiektami pożądania. Są dobrze zaprojektowane, użyteczne, wygodne i przemyślane, ale to ich wygląd, forma stanowi o tym czy ostatecznie wzbudzą zachwyt. No tak, czasami zdarza się, że ktoś, w akcie desperacji powodowanej brakiem atrakcyjnych butów w ofercie sklepów, które odwiedził, zdecyduje się na takie, o których możne z przekąsem powiedzieć: „..ale za to są bardzo wygodne..” Próżno jednak oczekiwać, że krzyknie z zachwytem: „Ach, jaka piękna funkcja!”. To oczy decydują o tym, który z dobrze zaprojektowanych przedmiotów wybierzemy. Prymat wzroku w odbiorze świata jest niekwestionowany. Na drugim miejscu – dotyk, choć to on jest przecież zmysłem pierwotnym, najwcześniej rozwiniętym, dopiero potem słuch.

    Kiedy patrzę na budynki, na ich fasady, poszukuję piękna, czegoś co mnie wzruszy albo zachwyci. Właściwie jest mi zupełnie obojętnie co jest w środku, jaką funkcję budynek pełni. Nie ma to znaczenia dla mojego doświadczania przestrzeni, jaką ten budynek kształtuje. Może skrywać swoje wnętrze i jedynie w oknach objawiać mi rąbki swoich tajemnic. Poszukuję w jego zewnętrzu treści i wartości jaką wnosi do przestrzeni publicznej, która przecież tworzy jakość miasta. Budynki działają na wzrok. Mówią do nas swoim wyglądem, funkcję(rozumianą jako użytek, zastosowanie) chowając za fasadą. Łódzkie XIX-wieczne fabryki – wspaniałe obiekty, budowane były z wielką dbałością o detale, sąsiadowały wszak z okazałymi fabrykanckimi kamienicami wewnątrz ścisłej struktury miasta. Obecnie przeżywają swoją „druga młodość” adaptując swoje przestrzenie na mieszkania, muzea, hotele, sklepy, a nawet parkingi. Ich forma i wygląd pozwalają na to, by godnie trwały w przestrzeni miasta. Jak to jest, że tkalnie, tak bardzo przecież skoncentrowane na produkcji, potrafiły unieść ciężar odpowiedzialności za otoczenie..? Czy ktokolwiek dziś zastanawia się nad tym montując super funkcjonalne blaszane moduły montowni pralek czy supermarketu??

  • Miasto pod stopami

    Miasto pod stopami

    Mam okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych w gdańskiej ASP przez Monikę Zawadzką – architektkę i antropolożkę. Monika pisze o placach i ulicach i zagłębia się w badanie materii miejskości. Pierwsze zadanie studenckie polegało na przyjrzeniu się, intensywnemu zaobserwowaniu i zanotowaniu cech jakiegoś miejskiego fenomenu. Wybrałam podłogi. Te w obrębie Nowego Miasta w Warszawie ze względów czysto praktycznych, bo blisko. Zupełnie celowo i z premedytacją wybrałam patrzenie pod nogi, bo zwykle patrzę na to, co w górze i nie dostrzegam „dołów”. Zauważyłam, że większość moich zdjęć miast to kadry pozbawione podłogi, za to z dużą ilością gzymsów i dachów.

    Wybrałam się na spacer po deszczu, było zimno, koniec marca. Podłogi ulic były jeszcze mokre, a ich blask oślepiał. Parę godzin później były już suche i wyglądały zupełnie inaczej. Czy projektanci zastanawiają się nad takimi sprawami? Zwykle konkursowe projekty przedstawiają budynki lub miejskie wnętrza skąpane w letnim słońcu, wypełnione krągłymi od liści drzewami. W Polsce pora ciepła trwa dokładnie tyle samo co zimna, ale ta druga źle się prezentuje na konkursowych planszach i tym samym ulatuje ze świadomości.

    Tymczasem wpatrywałam się w podłogi ulic Nowego Miasta, notowałam własne odczucia i wrażenia. Taki spacer, z nastawieniem na „wyłapywanie” konkretnych zjawisk jest arcy-ciekawy i zapada w pamięć. Przypominam sobie posadzkę dominikańskiego kościoła Św.Jacka, do którego weszłam.. Wyłożona jasnymi i ciemnymi płytami kamiennymi, o wyraźnej porowatości i uszkodzeniach. Mocno zarysowana i zmatowiona. Przesuwając butami po podłodze wyczuwałam piasek, którym była przybrudzona. Podłoga sprawiała wrażenie jasnej, może przez biel ścian i sufitu tego wnętrza i mocne światło, które przebijało się przez witraże. Oświetlona światłem słońca podłoga przybierała prawie jednolity odcień, lekko raziła, ale nie oślepiała. Słychać było każdy krok osób noszących buty z twardymi podeszwami lub na obcasach.

    Takie obserwowanie miasta pod kątem jednego fenomenu, jakim się jawi, jest jak nastawienie się na jeden zmysł. Wtedy wszystko odczuwa się ze zdwojoną siłą, na zupełnie innym poziomie. A po jakimś czasie, we wspomnieniu, powraca z zadziwiającą siłą detalu.

    Miejskie podłogi mogą mówić więcej niż byśmy się spodziewali. Podobnie jak domowa, również miejska, podłoga może nosić ślady historii, jaka się wydarzała. Lubię te połatane, pocerowane podłogi, z bliznami – śladami, że coś tu było, coś stało. W Berlinie można gdzieniegdzie zobaczyć ślady muru. Bardzo to poruszające. W Warszawie, na jednej z głównych ulic, Alei Solidarności, zaznaczono ślady dawnego usytuowania kościoła Narodzenia Najświętszej Marii Panny, który został przesunięty(!!!) na potrzeby poszerzenia ulicy. Ale takich „pamiątek” jest więcej. A jeśli tylko spojrzy się pod nogi albo, w ciepły dzień, zdejmie buty i poczuje stopami ciepło ogrzanej słońcem kamiennej posadzki, można dowiedzieć się więcej o mieście…

  • Na szerokość ramion

    Na szerokość ramion

    Najwęższe uliczki południowoeuropejskich miast bywają tak ciasne, że można dotknąć ich ścian(tak, ulice mają ściany, to nie pomyłka) kiedy rozłoży się szeroko ramiona. W takich uliczkach okna są naprawdę blisko, naprzeciw siebie. A między małymi balkonami często rozpostarte są sznurki, służące do suszenia bielizny. Można wiec czasami dobitnie poczuć zapach gotowanej zupy, usłyszeć strzępki rozmów czy wręcz zobaczyć intymne skrawki rodzinnego życia.

    Mieszkałam kiedyś ponad miesiąc w Turynie, w kamienicy, która miała maleńki dziedziniec, ciasno otulony oficynami. Była to ciepła pora roku, większość okien była otwarta. We Włoszech okna mają okiennice, więc, jeśli trzeba osłonić się przed słońcem, albo spojrzeniami – można mieć nadal otwarte do wewnątrz okna wpuszczające powietrze, ale przymknięte okiennice… No więc te okna wychodziły na siebie. Duże, wysokie, z każdego mieszkania po trzy albo cztery, na każdym z czterech pięter. W pierwszym tygodniu nie mogłam przestać wpatrywać się w nie niczym wścibska sąsiadka. Czułam, że jestem naprawdę blisko tych ludzi. W każdym mieszkaniu działa się odrębna historia, która czasami, w przypływie emocji, wylewała się na balkon lub dziedziniec, co jednak nie budziło większego zainteresowania pozostałych sąsiadów. Dość szybko zrozumiałam, że tego typu przestrzenie rządzą się swoimi niepisanymi regułami. Nie było mowy o „zaglądaniu sobie w okna”. Mieszkania „uzbrojone” były jakby kurtyną ze świadomości mieszkańców, którzy, doświadczeni dzieleniem wspólnej ciasnej przestrzeni, szanowali prywatność innych i tego, co za okiennicami. Nie trzeba było dużych odległości, by czuć się prywatnie. Sama to odczułam dość szybko. Moje zainteresowanie tym, co za oknami innych wynikało z tego, że zawsze mieszkałam w domach, za płotem, za firanką. Jednak szybko osłabło. Inni, ku mojemu zdumieniu, zupełnie nie interesowali się tym, co aktualnie gotuję czy oglądam.

    Piszę o tym dlatego, że architektura daje tę ogromną wartość jaką jest odczucie prywatności, generowane przez mur, ścianę, grubość materii. To za ścianą jesteśmy „u siebie”, mimo, że to ledwie dwadzieścia czy czterdzieści centymetrów od przestrzeni dostępnej dla wszystkich. W dużo mniejszym stopniu daje tę prywatność cienka, szklana przegroda.. Brak ścian, openspace, przestrzenie niczyje w miastach, wytwarzają dziwne uczucie bycia nie-wiadomo-gdzie, bo ani wewnątrz, ani na zewnątrz, już nie publicznie, a jeszcze nie prywatnie. Chciałabym napisać: potęga muru! Byłby niezły tytuł.. Jednocześnie w tej ścianie tkwi wielki potencjał fasady, która przynależąc do zewnętrza jest odpowiedzialna za jego jakość. Dobrze to widać kiedy buduje się makietę budynku. Kiedy pamięta się o grubościach, a nie składa elewacje z cienkich kartek brystolu, okazuje się, że ściana staje się wręcz „przestrzenią do przebycia” między wnętrzem a zewnętrzem, dającą możliwość kreowania nisz, wnęk, otworów o odpowiednich proporcjach i kierunkach.

    Uwielbiam ściany, do których można się zbliżyć, poczuć ciepło nagrzanego słońcem kamienia, zobaczyć jak się starzeją, jak odciska się na nich historia. Uwielbiam ściany, w których można zobaczyć coś więcej niż własne odbicie..

     

  • Ślady miejsc

    Ślady miejsc

    Jestem miejską tropicielką śladów. Używam do wstępnego tropienia map, głównie satelitarnych, np. Google Earth, ponieważ na nich najłatwiej dostrzec zagadki miejskich przestrzeni. Czasami przydają się też mapy topograficzne, dostępne dla większości dużych miast w sieci, na stronach urzędów, wydziałów geodezji czy katastru, z dokładnymi informacjami o położeniu budynków. Jeśli ktoś poszukuje śladów przeszłości, to niezbędne są mapy archiwalne czy zdjęcia lotnicze (wspaniałe zdjęcia przedwojennej i tuż-po-wojennej Warszawy można znaleźć przesuwając suwak czasu na Google Earth), które bardzo często są niezwykle precyzyjne i w świetnej jakości.

    Uwielbiam to robić – poszukiwać zagadek, przyglądać się, badać. Za każdym razem kiedy wybieram się w podróż robię to samo – przeglądam plany miast, szukam miejsc, w których coś mnie zaciekawi i tam kieruję swoje kroki, by sprawdzić czy to, co widzę na mapie jest widzialne w przestrzeni trójwymiaru miasta. Od pewnego czasu badam Łódź i Barcelonę – dwa miasta, które pod wieloma względami są sobie bliskie. W trakcie badań natykam się na niespodzianki, które trudno byłoby mi dostrzec gdyby nie wymienione podstawowe narzędzia badacza przestrzeni.

    Każdy kto był w Łodzi i miał okazję zaglądać w podwórka przy Piotrkowskiej – głównej ulicy miasta, być może zauważył „skośne” układy budynków wewnątrz miejskich kwartałów. Frontowe części budynków przynależą ulicy i są, jak należy, równoległe do ulicy. Ale już oficyny i tworzące się między nimi podwórka – są skośne, tworząc czasem naprawdę ciasne układy, okna-w-okna w narożnikach podwórek. To ślad po dawnym układzie pól. Pospiesznie tworzony XIX-wieczny plan szybko rozwijającego się miasta, zbudowany z prostokątnych kwartałów, zaadaptował w ten sposób zastaną sytuację. Warto tam zajrzeć(najwyraźniej widać tę sytuację w kwartale Piotrkowska-Zielona-Zachodnia-Więckowskiego), jeśli tylko bramy podwórek będą otwarte, i poczuć ten wygięty układ.

    Podobna sytuacja zdarzyła się w Barcelonie. Regularna, prawie idealnie kwadratowa siatka plany Cerdy (również z XIXw.), objęła swoim zakresem oddalone od starej Barcelony, mniejsze osady, między innymi – El Clot. Badając archiwalne mapy dostrzegłam, że w regularności tej siatki pojawiają się odkształcenia, jakby blizny zrastających się układów. Monumentalna siatka Eixemple(nowej Barcelony) dokładnie otoczyła drobniejszą strukturę, zostawiając jej jednak przestrzeń do istnienia. Również tu widać ślady starego układu wewnątrz miejskich, nowych kwartałów. Co więcej – w trójwymiarze miasta widać bardzo dobrze spotkanie tych dwóch układów i wymianę jaka nastąpiła, by powstawało zwarte, spójne miasto. Będę o tym pisać niebawem, bo to długa opowieść…

    Wystarczy dobrze się przyjrzeć, by dostrzec te subtelne deformacje dziejące się na poziomie planu miasta. Ciekawość tej przestrzeni stała się początkiem moich badań i odciągnęła uwagę od turystycznych atrakcji tego miasta na bardzo długo.

  • Pragnienie spotkania

    Pragnienie spotkania

    Sztuki wizualne podejmują temat bliskości i spotkania. W filmie, statycznej fotografii czy malarstwie temat ten obecny jest od zawsze i wydaje się być niewyczerpanym. Analizując filmowe obrazy przedstawiające temat bliskości, dotyku, pragnienia, spotkania łatwo dostrzec, że budowane są w podobny sobie sposób. W ich strukturze obecne są „ciasne” kadry, bliskie ujęcia, kręcone w niewielkich przestrzeniach, wnętrzach, przenikniętych ciepłymi barwami, małymi i intymnymi. Ale i sama opowieść nasycona jest pragnieniem spotkania, często niemożliwym do spełnienia, wręcz dramatycznym. Historie te poruszają i zostają w pamięci na długo.

    Lost in translation
    „Lost in translation” (reż.Sofia Coppola, 2003)

    Te piękne obrazem i treścią filmy, przepełnione są emocjami, dotykają tematu pragnienia, ale też zostawiają odbiorcy niedopowiedzenie i tajemnicę. Te filmy chce się oglądać i odczytywać na nowo przez pryzmat własnych doświadczeń, wspomnień, emocji.

    Czy zatem w podobny sposób można projektować i budować miasto? Jak architektura może „mówić” o pragnieniu spotkania? Czy można znaleźć miejsca, które w mieście będą o nim mówić najsilniej? Skoro architektura jest sztuką i stanowi o tym czym jest miasto, formując place, ulice, zaułki, będąc jego „treścią”.. hmm..

    Wciąż mam w głowie analizy Camillo Sitte, o których wspominał Christopher Alexander w „Języku wzorców”, a o których pisałam w jednym z poprzednich wpisów. Nie ma w Rzymie kościoła, który nie dotykałby innej budowli. Właściwie, poza Forum Romanum, trudno o osobne budowle. Znamienne.. Zwarte, ciasne miasto, jedno z najpiękniejszych jakie widziałam. Niepozbawione zieleni, za to z jasno wytyczonymi granicami pomiędzy przestrzenią prywatną, za zamykanymi bramami, w dziedzińcach podwórek, a publiczną, w której pełno kawiarni z wystawionymi na chodniku stolikami…Funkcjonalizm pozbawił nas prawa do prywatności, fundując system rozlanych niczyich przestrzeni, oderwanych od właściwej tkanki miasta, których nikt poza mieszkańcami nie ogląda i nie odwiedza.

    Rzym

    Gdyby więc powrócić do idei stopniowego narastania miasta, do zasady w której wartością jest kontynuacja, a nie bycie osobnym..? Gdyby zająć się tymi wszystkimi nienaturalnymi pustkami wewnątrz struktury miasta, wypełniać je, nadawać kształt miejskim wnętrzom tworząc pierzeje, „przytulając się” do tego, co istnieje, zamiast „nawiązywać poprzez kontrast”..? To wymaga pokory i okiełznania potrzeby odróżnienia się. W tym jednak tkwi, w moim odczuciu, kwintesencja toż-samości.

    Przypomniał mi się stary dowcip o koszeniu trawy. Pewien Polak dopytywał Anglika o sekret gęstych trawników. Mówił, że, tak jak w Anglii, kosi i nawadnia co dwa tygodnie, ale efekty na razie ma mizerne. Anglik popatrzył z politowaniem na Polaka i odpowiedział: „Miły panie, my nawadniamy i kosimy co dwa tygodnie, ale od trzystu lat…”.