architektura troski

Iwona Kalenik

Autor: Iwona

  • Dopełnianie

    Dopełnianie

    Jedna z wąskich uliczek najstarszej części Barcelony odkrywała przede mną swoją tajemnicę. Za starą fasadą rozpoznawałam nowe formy. Zdawały się być przyklejone do niej. Bramny przesmyk pod budynkiem prowadził mnie na drugą stronę, na inną uliczkę. Stamtąd budynek wyglądał już zupełnie inaczej. Patrząc na niego byłam jednak przekonana, że nadal tu należy, że czerpie z tego co wokół.

    Znów wracam do Petera Zumthora i jego „Myślenia architekturą„. Ta książka jest jednym z moich przewodników i drogowskazów, gdy zbaczam na niepewne ścieżki chwilowych zafascynowań… Tym razem sięgam po fragment o dopełnianiu krajobrazu. Bardzo podoba mi się to sformułowanie. Dopełnianie. To nie uzupełnianie ani wypełnianie, ale właśnie do-pełnianie. W trybie ciągłości, nie-skończoności.

    Obecność niektórych budowli kryje dla mnie pewną tajemnicę. Zdają się one po prostu być. Nie darzy się ich szczególną uwagą. A jednak bodaj nie sposób wyobrazić sobie miejsca, w którym stoją bez nich. Budynki te wyglądają na mocno zakotwiczone w ziemi. Wywołują wrażenie, że są naturalną częścią otoczenia, i mówią „Jestem jakiego mnie widzisz i tutaj przynależę”.*

    *Peter Zumthor, Myślenie architekturą, Karakter, 2010, s.17

    To fragment, który szczególnie lubię. Jestem już zmęczona nowościami, kolejnymi fikuśnymi projektami, wymyślnymi kształtami budynków-rzeźb. Choć jeśli naprawdę są rzeźbami to jeszcze nie jest najgorzej. Dramat zaczyna się, gdy są niemymi obiektami, które mogłyby stanąć wszędzie. Zumthor pisze o architekturze, która wywołuje wrażenie integralności, przynależności do miejsca, która tworzy „sensotwórczą relację napięć”. Piękne…

    Nie można przynależeć „przez kontrast”. W dialogu potrzeba płaszczyzny porozumienia i zwrócenia się ku rozmówcy, dania odpowiedzi. Architektoniczny „kontrast” jest zbyt bolesny dla przestrzeni.

  • Z bliska

    Z bliska

    Stare miasta nie są wygodne, nie są łatwe. Wymagają uważności i spowolnienia. Często w ich centralnych częściach nie można poruszać się samochodem, a kamienne posadzki nie nadają się na szpilki. Tu nie ma mowy o pośpiechu. Wąskie uliczki wymagają niepisanej umowy między mieszkańcami, opartej na dyskretności. Wszystko jest tak blisko siebie, a jednak pozostaje ukryte, niedostępne. Kontakt z architekturą w takich miastach jest jak patrzenie przez wąskokątny obiektyw (swoją drogą wąskokątne obiektywy nazywa się często portretowymi). Długa ogniskowa pozwala na bardzo dobrą jakość obrazu, ale dość wąski kadr.

    W szerokich przestrzeniach wielkich miast wszystko jest widoczne i nachalnie domaga się uwagi. Nie pamiętam kiedy fotografowałam nowoczesną ulicę. Całkiem niedawno natomiast nie mogłam oderwać oczu od starych, podniszczonych ścian w niewielkim miasteczku, pełnych śladów, zakamarków, delikatnych deformacji. Idąc coraz wolniej delektowałam się tą spokojną, skromną przestrzenią.

    Jutro będę rozmawiać z grupą studentów z Pracowni Projektowania Wnętrz Miejskich w gdańskiej ASP na temat…miłosnego spotkania. Inspiracją do tego seminarium jest tekst wykładu “Dotyk i pieszczota. Subtelne terytoria architektury dialogicznej” (2003) Jacka Dominiczaka, architekta i autora teorii dialogiczności w architekturze, opublikowany w antologii Adama Budaka “Co to jest architektura?” (wersja skrócona wykładu do przeczytania > tutaj)

    Co mają wspólnego stare miasta z erotyką?

    Gdy spojrzysz na stare miasta południowej Italii, zobaczysz, że ich architektura potrafi budować erotykę przestrzeni specyficznym bezwstydem. Te miasta jakże niezwykle porywają nocą, gdy ręką wyczuwasz zaledwie nierówności przeciwstawnych murów, dotyk dwóch różnych ścian, a ich odległość pozwala ci widzieć jedynie fragmenty załamań, oświetlone lampą schody, tarasy, które usiłują zrównać swoje połamane upływem czasu posadzki.  (Jacek Dominiczak)

    / źródło obrazów: Google Street View

     

  • Tożsamość muszli

    Tożsamość muszli

    Nie ma dwóch jednakowych. Każda inna. Setki małych muszelek wyrzucanych przez wiosenne morze. Niewielka, ceramiczna miseczka stojąca na mojej półce jest wypełniona nimi po brzegi. Lubię je czasem wysypać i wziąć do ręki każdą z osobna. Ustawić obok siebie. Niby takie same… Nie. Każda inna.

    Dlaczego piszę o muszlach? Bo są jedną z moich inspiracji. I potwierdzeniem tezy, że piękno tkwi w spójności, w toż-samości. Morski pejzaż, zbudowany na odcieniach granatu i beżu, działa kojąco i sprawia, że można nieustannie patrzeć na przesypujący się w dłoniach piasek albo daleki horyzont. Wystarczy jednak odwrócić głowę, by nie nadążyć nad ferią barw przyplażowych barów, budek z pamiątkami, obwieszonych plastikowym chłamem. Czasami odnoszę wrażenie, że z architekturą jest podobnie, że staje się jarmarkiem. Że myli tożsamość z wyróżnianiem się. Powstają jednak budynki, które o tożsamości mówią naprawdę wiele. O jednym z nich pisałam niedawno.

    Tożsamość – identity(ang.), Identität(niem.), identité(fr.). Warto czasem przetłumaczyć polskie słowa na inny język lub poszukać słów o takim samym(!) trzonie, by sprawdzić czy dobrze jest rozumiane. Tożsamość to wspólne właściwości, identyczność z czymś lub kimś; coś, co sprawia, że można coś lub kogoś jakoś zaklasyfikować, zdefiniować, rozpoznać w jakimś kontekście. Utożsamianie się. Bez trudu rozpoznaję włoskie miasta, japońskie ogrody, holenderskie ulice. Gubię się gdy widzę zdjęcia centrów wielkich miast, z wysokimi biurowcami i szklanymi elewacjami galerii handlowych, które mogłyby być wszędzie. Są raczej „stemplem” marki lub nazwiska, niewiele mając wspólnego z miejscem, w którym powstają. Mówi się, ze to nawet „ikony”…(swoją drogą, ciekawą drogę przeszło to słowo).

    To takie nie na czasie być podobnym do czegoś, kogoś… Trzeba się wyróżnić, zachwycić, olśnić, być niepowtarzalnym, na sobie skupiać uwagę, przyciągać. Całkiem niedawno zwróciła moją uwagę prasowa rozmowa z jednym z najbogatszych Polaków. Mówił on o swojej strategii – low profile, której zasadą jest unikanie rozgłosu, ciche, systematyczne działanie. Low profile może stanie się strategią architektury. Mam taką nadzieję.

    [ więcej o ukrytych warstwach tożsamości miasta >  wykład arch. Jacka Dominiczaka w archiwum programu architektura+dialog ]

  • Mury miejskie

    Mury miejskie

    Jeśli spojrzeć na miejskie wnętrze jak na pustkę wydrążoną w masie muru, okaże się, że jej objętość jest bogata w zapach, dźwięk, barwę, kontrast, stając się przez to jeszcze bliższa. Juhani Pallasmaa w swojej książce „Oczy skóry” stwierdza, że to widzenie peryferyjne, a nie skupiony wzrok, może nas naprawdę zanurzyć w „ciele” świata. Ciało świata, ciało miasta, rozumiane jest tu w kontekście swoich możliwości, potencjału, a nie tylko tego czym w istocie jest. Mur, stanowiący ramy takiego doświadczenia przestrzeni, może je pogłębić kiedy „zrośnie się” z miejscem, w którym powstaje i powie: „Jestem taki, jakiego mnie widzisz, i tutaj przynależę” (Peter Zumthor, „Myślenie architekturą”, Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2010, s.17)

    To, czego pozbawia się współczesna architektura, to atmosfera. Tęsknotę za nią koję wybierając się na spacery wąskimi uliczkami starych miast. W chropowatościach ścian, zadrapaniach, bliznach i śladach, ale też deformacjach wynikających ze specyficznej geometrii miejsc, poszukuję tego, czego nie ma w najdokładniej zaprojektowanych „ikonicznych” budynkach. Ludzkie doświadczenie przestrzeni budowane jest wszak przez wiele zmysłów, a proste, subtelne zetknięcia z materią pozostają w pamięci na długo.

    Osobiste doświadczenie bycia w przestrzeni, zanurzenia się w niej, fizycznego dotknięcia zwraca mnie ku pierwotnym doświadczeniom. Zapadają mi w pamięć miejsca, w których materiał odgrywa istotną rolę, został pieczołowicie wybrany. Staje się wtedy łącznikiem między mną, a miejscem, w którym jestem. Materiał żywy, żyjący swoim rytmem daje mi to poczucie. Stare, południowoeuropejskie miasta przepełnione są poczuciem bliskości architektury. To wymagająca, trudna przestrzeń, ale to w niej czuję, że jestem jej częścią. Te miasta, dzięki swojej zwartej, ciągłej strukturze, zdają się być przestrzeniami, które łatwo ogarnąć, zrozumieć, przemierzyć pieszo. Mury zdają się mówić „trzymaj się mnie, a na pewno się nie zgubisz”.

  • Dwadzieścia par rąk

    Dwadzieścia par rąk

    Najbardziej upalny dzień lata, prawie 40 stopni w cieniu. W hucie szkła jeszcze cieplej, choć tam przynajmniej cień i dużo wody, więc upał nie jest tak nieznośny. Zwiedzam. Jak należy, z biletem, w grupie, z przewodnikiem. Patrzę jak powstają kryształowe kieliszki, wazony i kolorowe ptaszki do postawienia na półce. Najpierw w formie gorących baniek dmuchanych przez doświadczonych…rzemieślników? Artystów? Przewodnik mówi o nich „artyści rzemieślnicy”. Piękne to określenie. Zawsze zastanawiałam się czy architekt jest artystą czy rzemieślnikiem? Zadaję to pytanie wielu architektom, ale trudno o jakąś spójną wizję. Może więc można połączyć artystę i rzemieślnika w przypadku architektów również?

    …Potem szkło chłodzi się w specjalnych bukowych, mokrych formach. Zanim trafi w precyzyjne dłonie pań, które szlifują w nim wzory, przechodzi kilka etapów i oglądane jest przez kilka osób. W cały proces zaangażowanych jest kilkanaście, a może nawet dwadzieścia osób. Dwadzieścia par rąk dotyka każde naczynie zanim trafi do przyfabrycznego sklepiku czy bezpośrednio do zamawiającego. Na każdym etapie produkcji stoi beczka z napisem „stłuczki”, do której trafiają przypadkowo lub zupełnie celowo zbite „egzemplarze”.

    Z architekturą niby jest podobnie. Zanim stanie się tym, czym ma być, na etapie projektowania i tworzenia dotknie ją wiele rąk i obejrzy wiele oczu. A jednak często zdarza się, że już za późno na „stłuczkę”. Siłą i jednocześnie przekleństwem architektury jest jej trwałość. Kryształowe kieliszki można potłuc, trafią z powrotem do pieca i staną się znów gorącą magmą. Nic się nie marnuje.

    Patrzę na stare rysunki projektowe wiszące na ścianach huty. Przewodnik pokazuje, że niektóre elementy linii produkcyjnej nie zmieniły się od lat, ponieważ to sprawdzone, dobre rozwiązania. Wciąż tak samo, przy użyciu wiekowego ręcznego, obrotowego „imadełka” nanosi się linie przebiegu szlifów. Jedyna zmiana to marker zamiast pędzelka. W hucie nie ma komputerów. Są zręczne dłonie i uważne oczy. Może dzięki temu kryształowe szklanki mają w sobie wciąż coś tak wyjątkowego?

    Przewodnik mówi, że huta realizuje zamówienia z całego świata, ale w Polsce ma niewielu odbiorców. Bo kryształ jest drogi i niemodny. Przyglądam się tym wypracowanym, wyjątkowym i wspaniałym obiektom. I przypomina mi się zdanie jakie napisałam w komentarzu do wykładu Jacka Dominiczaka o jego projekcie dla miasta Fremantle:

    Lubię stawiać na stole zastawę, którą otrzymałam w spadku po babci. Właściwie każdy gość ją zauważa. Nikt nie komentuje talerzy z IKEA, chyba, że mówiąc „Mam takie same…” Potrzebę ciągłości wypełniam małymi gestami w kierunku przeszłości, wplatając fragmenty tego, co było w to, co jest.

    Narastanie, ciągłość, obecność różnorodności, nowego i starego. W mieście to kluczowe dla powstawania dobrych przestrzeni. Jestem o tym przekonana. Bliskość pomiędzy tym, co nowe, a tym, co stare, obecne od lat, może być tylko ubogacająca. Dla obu stron. Ot taka dygresja na koniec…

  • Laboratorium

    Laboratorium

    W popołudniowym upale, zmęczona wcześniejszą wędrówką, zeszłam kilkaset metrów w dół drogą, by dotrzeć do domu-zameczku – historyzującej, neorenesansowej budowli. Czyli w rejony architektoniczne, które zwykle omijam szerokim łukiem. W dodatku o jego mieszkańcu nie wiedziałam nic. Może powinnam? W końcu to noblista. Tyle, że niemiecki. I z literatury. Ale ponieważ akurat trafiłam na “darmowe wtorki” postanowiłam wejść i znaleźć w tym “zameczku” coś dla siebie.
    Nie oceniaj po pozorach, mylą… – przypomniałam sobie znaną prawdę, kiedy weszłam do środka. Choć sam wygląd wnętrza zupełnie mnie nie zaskoczył.
    Wnętrza sal domu wypełniają pamiątki po pisarzu, jego portrety, popiersia, rękopisy, książki, nawet odlew dłoni. Ale to, co mnie poruszyło od razu to fakt, że miał w domu dwa miejsca związane ze swoją twórczością. Jedno nazywał LABORATORUM(łac. laborare = ‘pracować’), a drugie OBSERWATORIUM( (n.łc. observatorium od łc. observator ‘ten, który obserwuje’ od observare ‘baczyć, oglądać’). Pierwsze jest gabinetem, w którym pisał, z biurkiem ustawionym tak, by widzieć kominek i wejście. Drugie to przestronna sala na piętrze, z dużymi oknami pozwalającymi podziwiać otaczający ogród i góry w oddali.
    O! – pomyślałam – to jest coś! Wspaniała idea warta przemyślenia. Miejsce do pracy twórczej, pozbawione rozpraszających bodźców z zewnątrz (biurko stojące “tyłem” do okna), pozwalające na maksymalne skupienie i codzienną żmudną pisarską pracę. I miejsce piętro wyżej – do patrzenia, zastanawiania się, rozmyśleń, które nie muszą być zwieńczone “dziełem”, ale nieść inspirację. Ciekawe, że obie czynności dostały dla siebie odpowiednie przestrzenie, specjalnie zaprojektowane. Wertuję w myślach katalog obrazów pracowni artystów, rzemieślników czy architektów i zastanawiam się na ile ta idea jest powszechna.. Nie tylko na poziomie przestrzeni fizycznej, ale też “mentalnej”. Czy te dwie sfery mieszają się czy są jednak rozdzielone? Czy jest czas i miejsce na zastanawianie się, niespieszne patrzenie, poszukiwanie idei, czytanie filozofów, oglądanie pięknych filmów czy słuchanie wzruszającej muzyki? A potem, mierzony osobo, w osobnej przestrzeni, czas na pracę twórczą? Na ile ważne jest dla twórców(mam na myśli głównie architektów) tego rodzaju rozdzielenie? A może nie potrzebują go w ogóle?
  • Socjalne piękno

    Socjalne piękno

    Kiedy zobaczyłam ten budynek na stronach Archdaily, na które zaglądam bardzo często (i bardzo polecam wszystkim, którzy chcą przyjrzeć się naprawdę dobrym i niebanalnym realizacjom), wiedziałam, że muszę koniecznie skontaktować się z architektami, którzy go zaprojektowali i zapytać o kilka ważnych spraw.

    Widzę w tym socjalnym budynku (Pamplona, Hiszpania) piękną realizację idei architektonicznego dialogu, ciągłości i odpowiedzialności za zmieniany miejski krajobraz. Budynek zaprojektowany przez Pereda Pérez Arquitectos, kończy pierzeję uliczki, zabudowanej wąskimi kamienicami i wypełniony jest mieszkaniami socjalnymi oraz, w parterze – lokalami przeznaczonymi na działalność komercyjną, połączonymi ze starymi piwnicami.

    Patrzę na ten budynek, jego fasadę i widzę jak świetnie współgra z tym, co dookoła. Monochromatyczna fasada, właściwie pozbawiona jest detali, choć tu zupełnie mi to nie przeszkadza. Być może to kwestia materiału z jakiego zrobiono zewnętrzną stronę murów. Wygląda tak jakby była tu od lat, z lekkimi zadrapaniami i odpryskami. Barwa fasady została „wyjęta” z palety panującej w okolicy, bardzo delikatnie zaznaczając obecność nowego budynku.

    Zapytałam architektów Pereda Pérez Arquitectos jak rozumieją dialog w architekturze, czy teoria i filozofia są dla nich ważne kiedy projektują.

    – W architekturze, zawsze, teoria wspiera praktykę, która musi odpowiadać na potrzeby. Naszym zdaniem to wszystko musi być sobie bliskie. Nasza architektura stara się być wyczulona na całe otoczenie, teoretyczne i rzeczywiste.  

    Ale to, co zachwyca mnie bardzo w tym projekcie, to podejście do tematu budynku socjalnego. Jest niewielki, usytuowany w istniejącej zabudowie starego miasta i znakomicie wykończony. I choć jest naprawdę skromnym obiektem, to jego wnętrze zaprojektowano tak, by mieszkania mogły być łatwo łączone w zależności od zmieniających się potrzeb mieszkańców. Wierzę, że dobra architektura nie musi być ani krzykliwa, ani wymyślna, ani nawet droga. Siła dobrej architektury tkwi w zupełnie czym innym. W wyczuleniu, o którym mówią architekci.

    Dziękuję za udostępnienie zdjęć i dokumentacji projektu oraz wymianę mailową pracowni Pereda Pérez Arquitectos.

  • Dotknięcie detalu

    Dotknięcie detalu

    Dotknąć, poczuć budynek.. Ale jak? Tak po prostu podejść i przyłożyć rękę albo oprzeć się, przysiąść na stopniach? Tak fizycznie zetknąć się z nim? Czy może chodzi o zrozumienie? Mówi się o „dotknięciu problemu”, czyli zauważeniu, dostrzeżeniu jakiejś sprawy. Myślę, że jedna i druga interpretacja dotyku/dotknięcia będzie tu na miejscu.

    Detale decydują o tym jak odbiera się większą formę. Są bliżej, lepiej widoczne, łatwiej je obejrzeć, dotknąć czy powąchać. Myślę, że dobra architektura to ta, która nie pomija detalu, a wręcz go uwypukla. Tak, by odbiorca mógł wejść dzięki niemu w bliższą relację z architekturą, by mógł ją poczuć.

    Zupełnie nie rozumiem budynków pozbawionych detali w imię „czystości formy” czy słynnego hasła „less is more” Mies’a van der Rohe. I jakkolwiek piękne są to idee w swoich założeniach, to jednak często stają się znajdowanym na prędce usprawiedliwieniem braku uwagi poświęconej detalowi. Skupienie jedynie na funkcji, rozmieszczeniu „programu” budynku często tak dominuje projekt, że wnętrze traktuje się jak drugorzędne(zostawiając je „dekoratorom” mającym w swych przepastnych teczkach wzorniki kolorów i wykładzin), a zewnętrzny detal sprowadza do wypiaskowanego wzoru na szklanej elewacji (z pełną determinacją używam słowa elewacja, a nie fasada). A jednak, mam silne przekonanie, że to właśnie kontakt z detalem, poczucie budynku, również w jego wnętrzu, zatrzymanie wzorku na nim czy dotknięcie są świadectwem jakości architektury.

    I znów mam tu na myśli nie tylko samo fizyczne zetknięcie, ale właśnie zrozumienie przestrzeni, które będzie możliwe, jeśli budynek na to pozwoli, jeśli „powie” coś więcej niż to, że został zaprojektowany dla funkcji biurowej. To detalowe myślenie to nie tylko skupienie na fakturze materiału, ale może przede wszystkim na „zzoomowaniu” spojrzenia na budynek aż do jego głębi, struktury, wewnętrznego scenariusza. Dobra architektura wyróżnia się takim podejściem.

    ( > źródło zdjęcia )

    Jeden z architektów modernistów, Adolf Loos, projektując słynny budynek w Pradze – Villa Muller, opracował go w najmniejszym szczególe. I choć jego zewnętrze jest emanacją modernistycznych haseł, to wnętrze – efektem zaawansowanego myślenia o przestrzeni, w której uwidaczniają się relacje i związki. Sam Loos mówił:

    My architecture is not conceived in plans, but in spaces (cubes). I do not design floor plans, facades, sections. I design spaces. For me, there is no ground floor, first floor etc… For me, there are only contiguous, continual spaces, rooms, anterooms, terraces etc. Stories merge and spaces relate to each other.

  • Rzymskie statki i jedna fotografia

    Rzymskie statki i jedna fotografia

     

    Statki, które mijają się nocą,
    w przelocie do siebie coś mówią.
    Daleki znak, syreny zew,
    co znów w ciemnościach się gubią.
    Tak i my w życiu oceanie
    mówimy, a ktoś nas słyszy,
    Spojrzenie tylko, tylko głos,
    tylko znak – potem znów ciemność i cisza.

     

    Henry Wadsworth Longfellow (1807–1882)  (tłumaczenie: Zofia Chądzyńska)

    Ten wiersz wraca do mnie od czasu do czasu. Pierwszy raz „spotkałam się” z nim kiedy byłam jeszcze na początku liceum i nic nie wskazywało na to, że będę zajmować się architekturą. Z resztą, na pierwszy rzut oka to w ogóle nie jest architektoniczny wiersz… Choć, jeśli przyjrzeć mu się dokładniej, zinterpretować inaczej?

    Użyłam go kilka miesięcy temu jako komentarza do wykładu Jacka Dominiczaka, z którym doktoranci gdańskiej ASP spotykali się w ramach przedmiotu zatytułowanego „metodologia badań”. Wykład rozpoczynała przepiękna, niedopowiedziana i bardzo zmysłowa fotografia autorstwa Evy Rubinstein.

    Cały wykład poświęcony był projektowi Pawilonu Polskiego w Wenecji z 2004r, którego Jacek Dominiczak był współautorem (wraz z Dominikiem Lejmanem). To niezwykły projekt, w którym objawiają się idee dialogicznej architektury. Ale to przede wszystkim projekt mówiący o niemożliwości fizycznego dotyku powodowanego statycznością architektury, ale jednoczesnej możliwości nieustannego dialogu, relacji opartej na języku geometrii.

    …Poszukiwałam tej fotografii na majowej wystawie prac Evy Rubinstein w Łodzi. Niestety nie było jej. Nie ma zbyt wielu informacji o niej, trudno o reprodukcje. A jest wyjątkowa.

    A ten wiersz.. Ten wiersz również wrócił do mnie niedawno, kiedy po raz kolejny spoglądałam na rzymskie ulice, w których historię odczuwa się w każdym zakamarku. I nie tylko dlatego, że to po prostu bardzo stare miasto. Ale to miasto, które narasta, nawarstawia się, a mury budynków „widziały” więcej niż niejeden mieszkaniec Rzymu.

    Włoskie miasta mają w sobie coś zmysłowego. Niespieszność, ciągłość, nieustanny dialog z tym, co spotykane. Siedziałam niedawno znów na Piazza di S.Maria in Trastevere w Rzymie i zastanawiałam się jak to się dzieje, że włoskie miasta potrafią przetrwać wieki w niezmiennym kodzie kolorystycznym i materiałowym, choć jeśli dobrze się przyjrzeć każdy budynek jest inny i wyjątkowy na swój sposób? Wypełnione „po brzegi” budynkami wąskie uliczki budzą zachwyt swoją spójnością, pięknymi barwami oświetlanymi południowym światłem. Ulice Rzymu to mieszanka czerwieni, ochr i żółcieni, poprzetykana zieleniami i turkusami okiennic i kremowym odcieniem kamienia, używanego do wszelkich wykończeń i detali. O niemalże jednolicie ceglano-czerwonej Bolonii można przeczytać we wpisie na blogu Travelsfool. To też przykład niezwykłego, bardzo konsekwentnego kodu kolorystycznego dla miasta. Oba miasta, Bolonia i Rzym, „opowiadają” wyglądem o swojej historii. Każda cegła, każdy kamień, ale też każdy kolor ma znaczenie i nie jest przypadkowy. Ciekawe, że współczesne, nowoczesne budynki bardzo rzadko operują kolorem. Są albo białe, albo emanują kolorami użytych materiałów: szarością betonu, brązem drewna, srebrzysto-błękitną przeźroczystością szkła..

    Ten wiersz.. jest o architekturze. O tym, że może dawać sygnały, że może mówić, że może znaczyć…

  • Pejzaż dźwiękowy

    Pejzaż dźwiękowy

    Rzym, Rzym, Rzym…

    Jest w tym mieście coś, co przyciąga. Pisałam już o nim raz, potem drugi. Zatem to jest trzeci wpis, w którym nazwa tego pięknego miasta znów się pojawi. Nie bez przyczyny, bo właśnie odbyłam „rzymskie wakacje”, trzydniowe, we włoskim niespiesznym rytmie spraw, wypełnione dobrą kuchnią i pięknymi obrazami. Niezwykłe jest to, że ta włoska „niespieszność” pozostaje w sferze myślenia o sprawach i codzienności. Jednak zewnętrzność jest ruchliwa, pełna wigoru, gestów, głośna.. Więc tym razem wyczuliłam swój zmysł słuchu, wsłuchiwałam się w dźwięki tego miasta. Zbierałam je używając niewielkiej aplikacji w telefonie.

    12:00 Piazza di S.Maria in Trastevere

    Portret miasta, a właściwie jednego rejonu – Zatybrza(Trastevere), dzięki tej metodzie, zapada mi znów na dłużej w pamięci. Zupełnie jak „fenomenologiczne” spacery, w których skupiałam uwagę tylko na miejskich podłogach. Cały czas mam w głowie odgłosy kawiarnianego gwaru, który, im bliżej wieczoru, narastał, by stać się mieszaniną rozmów, śpiewu, turkotu silników skuterów, na których Włosi przeciskają się pomiędzy tłumem, samochodami, stołami z pamiątkami, by dotrzeć do ulubionego baru i sączyć drinki.

    23:00 Piazza di S.Maria in Trastevere

    Tym razem nie wzięłam ze sobą mapy. Zapomniałam. Pozwoliłam sobie zgubić się, kluczyć ulicami, dać się zaskoczyć widokom. Zbierałam dźwięki i detale.

    Piękna „skrzynka” na listy – kamienna tabliczka z otworem wrzutowym i napisem LETTERE, pomogła mi utwierdzić się w przekonaniu o niezwykłej wartości detalu, rzemieślniczej pracy i ciągłości tradycji. Ale też w tym, że mur nie musi być cienką ścianą, ale rodzajem warstwy, przestrzenią wręcz, o dwóch wyraźnie różnych „twarzach” – jednej zwróconej ku ulicy, respektującej zasady rządzące „publicznym”, ubranej w gzymsy, pilastry, sztukaterie, kolory ustalone wieki temu; oraz tej drugiej, zwróconej w stronę prywatnego podwórza.

    Mury w Rzymie są naprawdę grube. Dają wiele możliwości. Dzięki tej naprawdę pokaźnej grubości, Włosi mogą decydować o intensywności światła, ale też specyficznej „wymiany informacji” pomiędzy wnętrzem a zewnętrzem. Za warstwami ciężkich zasłon, białych firanek montowanych bezpośrednio na ramach okien, przejrzystych szyb, znajdują się głębokie parapety, na których stoją zioła, fikusy i kaktusy, stanowiące dodatkową warstwę „ochronną” przed wścibskimi spojrzeniami. Okiennice albo żaluzje mogą definitywnie odciąć dostęp wszystkich bodźców albo pozostawić jedynie przesmyk dla powietrza. Znów mam ochotę napisać: Ach, potęga muru!